Historia rodzinnej kancelarii doradczo-podatkowej – opowiada Jacek Czernecki, założyciela i właściciela firmy Zespół Doradców podatkowych w Krakowie.
Gdy dziś patrzę na naszą kancelarię założoną w poprzednim stuleci widzę, dwa pokolenia Klientów, którym niezmiennie asystujemy w ich rozwoju. Aż trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się… od ciszy. Długiej ciszy.
Pamiętam jak dziś: siedzę w wynajętym pokoiku u moich teściów, biurko po renowacji z zapachem farby, telefon w innym miejscu niż biuro. Minął pierwszy dzień. drugi, tydzień – nikt nie przyszedł. Zaczynałem się zastanawiać, czy podjąłem dobrą decyzję rezygnując z poprzedniej pracy. W domu – tłumione emocje. Moja Żona była wtedy w zaawansowanej ciąży. Na świat miała przyjść nasza druga córka. A ja czekałem. Na pierwszego klienta.
W drugim tygodniu pojawiło się oczekiwane poruszenie.
Telefon – zadzwonił
Do dziś pamiętam ten dzień oraz kim był mój pierwszy klient mojej własnej kancelarii. Od tego momentu wszystko się zaczęło. Jeden klient przyprowadził drugiego. Potem przyszły kolejne zlecenia, a nawet gromadziły się kolejki, biuro się rozrosło, pojawili się współpracownicy, których mam zaszczyt dziś nazywać nie tylko ekspertami, ale i zgranym Zespołem, moimi Kolegami i Koleżankami.
Nasza kancelaria – Zespół Doradców Podatkowych Jacek Czernecki Sp. z o.o. – działa już ponad 30 lat. Byliśmy jednymi z pierwszych w Polsce, pionierami w zakresie kompleksowej obsługi przedsiębiorców. Wiedzieliśmy od początku, że sukces to nie tylko liczby i przepisy – to relacje. Indywidualne podejście, partnerstwo, etyka. Dziś z dumą mogę powiedzieć, że jesteśmy w czołówce doradztwa podatkowego, w organizowanych rankingach nasze najwyższe miejsce to pozycja nr 2 pod względem liczby doradców podatkowych.
Największą dumą dla mnie nie jest jednak tak zwana samorealizacja zostanie przedsiębiorcą tylko nasze dzieci
To, że moje córki postanowią dołączyć do firmy, nie było dla mnie oczywiste. Choć nie da się ukryć że presja mogła być przez nie odczuwalna. Każda obrała własną drogą – jedna poszła w stronę prawa i projektowania graficznego, druga w stronę marketingu i dziennikarstwa.
Dziś jednak obie pracują ze mną – i nie wyobrażam sobie już naszej kancelarii bez ich udziału. Kroki moich dwóch Synów nie są naśladowaniem Córek lecz bezpośrednim uzupełnieniem Zespołu i wsparciem innych obszarów działalności.
Starsza córka, ta, która miała 2 lata , gdy zakładałem działalność, jest dziś prokurentem w spółce. Niesamowita Ogarniaczka do potęgi – łączy nadzór nad administracją z kreatywnymi projektami graficznymi, brandingiem i komunikacją wizualną. Młodsza z kolei dba o marketing – z wyczuciem charakteru naszej branży i cierpliwością do mojego odmiennego podejścia do marketingu.
To nie tylko pomoc – to nowa energia, nowe spojrzenie i – co może najważniejsze – nadzieja na zapewnienie wsparcia dla Klientów, a w szczególności ich Zstępnych. Dołączenie do firmy kolejnego pokolenia, to także otwieranie się na zmiany jakie zachodzą na rynku.
Sukcesja to nie tylko formalność. To przekazanie wartości i zaufania
Dziś mam poczucie zmiany pokoleniowej, emocje temu towarzyszące są nie mniejsze jak wtedy gdy rozpoczynałem przygodę z podatkami. Jestem wciąż uczestnikiem tego co dzieje się w kancelarii jednak coraz więcej zadań i odpowiedzialności oddaję córkom. Wiem, że moje Następczynie zadbają, by Spółka pozostała taka, jaka była zawsze – rzetelna, bliska klienta, zbudowana na pasji, a nie na kalkulacji. Obecnie w mniejszym stopniu zarządzanie oparte jest na liderze, a więcej na kolektywie, a więc na współudziale całego zespołu i jego identyfikowaniu się z Firmą.
Wielu pyta mnie, czy nie bałem się tego ryzyka – wtedy, na początku. Oczywiście, że bałem się, ale ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu zachęta wyszła od Żony. Po jej dopingu nie mogłem się wycofać, mimo krążących po głowie obaw o przyszłość. Dziś wiem jedno – warto było czekać te dwa tygodnie na pierwszego Klienta. Jak się później okazało, aby dotrzeć do mojego biura zadał sobie trochę trudu. Dowiedział się o mnie dzięki artykułowi w krakowskim Czasie. Przypomnę, że nie było wtedy Internetu, więc najpierw skontaktował się z redakcją, potem dotarł do mieszkania moich teściów i w końcu trafił do mnie. To była dla mnie duża motywacja, aby się nie wycofywać.








